wtorek, 23 września 2014

Śląskie zakończenie lata



W miniony weekend udało mi się wreszcie pojechać do taty i zorganizować z nim długo już planowany wieczór pod chmurką. Tata przygotował Niezbędne składniki do kociołka, ja tylko mu pomagałam i robiłam zdjęcia :)
Pieczonki lub prażonki to danie z kociołka, który stawia się na żarzące się ognisko. Potrawa pochodzi ze śląska, z okolic Zawiercia, a co roku w Porębie organizowany jest "Światowy Festiwal Prażonek".

Środek kociołka wykładamy folią aluminiową lub kapustą. My, żeby zwyczajnie nie mordować się po pichceniu z myciem garnka żeliwnego, wyłożyliśmy najpierw folią, następnie kapustą.



Na spodzie układamy boczek, warstwę ziemniaków pokrojonych w talarki, następnie cebulę pokrojoną w krążki, kiełbasę w plasterkach i tak dalej. Każdą warstwę posypujemy przyprawami - klasyczne to sól i pieprz. My dodaliśmy jeszcze jakąś szaloną posypkę z czerwonej papryki z dodatkiem chili, bo lubimy, jak pali w mordki :) Poza tym to idealne danie, które można ( i chyba trzeba!) popijać piwem :) 






Kiedy warstwy już nam się "wylewają" z kociołka, pokrywamy go liśćmi kapusty i warstwą folii aluminiowej a później zamykamy pokrywką i wstawiamy na żar.



Po około godzinie otwieramy kociołek i się delektujemy :)


Najważniejsze żeby nie zaglądać do kotła zanim minie godzina! :)
SMACZNEGO :)

sobota, 20 września 2014

Kraj tulipanów, wiatraków, żółtego sera i wolności: czyli o tym, jak zakochałam się w Holandii :)

Piękne krajobrazy z wiatrakami w tle i polami tulipanów, blond-włose uśmiechnięte panny w kolorowych strojach i wzorzystych, drewnianych chodakach trzymające olbrzymie walce żółtych serów - tak większości z nas kojarzy się Holandia :) Młodym, zabieganym, 'biednym' studentom kraj ten kojarzy się również z pracą, no bo jak tu nie skorzystać, jeśli w kilka miesięcy można się nieźle wzbogacić. Co więcej 'wolność' odnajdą tam również zwolennicy zielonej, palącej się substancji zupełnie legalnie. O tym, że w Holandii jest zielono, dosłownie i w przenośni, można doświadczyć najmocniej mieszkając w małych miejscowościach, gdzie jaskrawość kolorów przekracza chyba wszelkie oczekiwania. Wraz z koleżanką udało nam się dotrzeć i mieszkać w takiej właśnie małej wiosce o nazwie Scharmer :) Oczywiście jako studentki (wciąż), zależało nam najbardziej na podreperowaniu budżetu, stąd też gdy pojawiła się okazja skorzystania z oferty pracy (i to jeszcze bez pośredników)  bez wahania przystałyśmy na tę propozycję. I choć praca z początku do lekkich i łatwych nie należała (pakowanie kurczaków to wcale nie takie proste i przyjemne zadanie ;)), to jednak krajobrazy, poznani ludzie, atmosfera i mentalność Holendrów rekompensowała nam zmęczenie i dostarczyła niezapomnianych wrażeń :) A więcej o tej atmosferze tuż pod zdjęciami Scharmer: Park de Brogmeren - kompleksu domków letniskowych, w którym mieszkałyśmy :)


     





To, co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie w Holandii, to nastawienie ludzi i to, jak swobodnie suną przez życie, bez narzekania, z uśmiechem na twarzy (nawet panie w urzędach, sprzedawcy w sklepach uśmiechają się, służąc chętnie pomocą i co istotne nie wykazują żadnych uprzedzeń narodowościowych, spokojnie też można się z nimi porozumieć po angielsku - nie ważne, czy dana osoba jest starsza, czy młodsza). Wystarczy też wyjść na ulicę, przejść kilkanaście metrów i usłyszeć od nieznajomych osób wesołe przywitanie "Hoj!" by od razu poprawił nam się humor. Zadbane uliczki, zielone, przystrzyżone trawniki i cudne ceglaste domki z pięknymi, kolorowymi okiennicami zaspakajają wszelkie oczekiwania estetyczne <3 Większe miasta, jak Groningen, w pobliżu którego mieściła się nasza mała wioseczka, to również wspaniałe, oryginalne, zadbane i czyste miejsca, do których aż chce się wracać, by poczuć tę atmosferę swobody i jakiejś takiej zwyczajnej normalności.
Bardzo wiele jest miejsc w Holandii, które chciałybyśmy odwiedzić, ale pracując w tygodniu i mając jedynie sobotę i niedzielę na odpoczynek, nie jest to takie łatwe, jednak nie wybaczyłybyśmy sobie, by nie wybrać się do Amsterdamu. No i udało się! I choć zwiedzanie tego miasta w dzień, z pewnością nie oddaje klimatu, jaki ma tam miejsce nocą, to jednak byłyśmy w pełni usatysfakcjonowane :) (kilka zdjęć poniżej)




 






Urokliwe uliczki, uliczki pełne rozpusty jak "Red District"czy "Blue District", gdzie swoje potrzeby seksualne zaspakajają turyści z całego świata, malownicze mostki w centrum miasta, olbrzymia ilość fantastycznych knajpek i pubów, koffeeshopy dla spragnionych wrażeń na niemal każdym kroku ;) mnóstwo ludzi i jeszcze więcej rowerów - to tak wspaniale zaskakujące, gdy przy dworcu kolejowym zamiast parkingu dla samochodów, mieści się jeden wielki parking dla rowerów, nie mówiąc już o tym jak wiele okazałych, pięknych rowerów można na swojej drodze napotkać :) To miasto definitywnie żyje 24 godziny na dobę, a każdy znajdzie tam dla siebie odpowiednie miejsce w zależności czego szuka, i czego oczekuje, na pewno się nie zawiedzie :) W Holandii poznać można ludzi z całego świata i nie tylko Amsterdam jest ich pełen. Bardzo wielu wspaniałych ludzi poznałyśmy w pracy i o dziwo, nie byli to tylko nasi polscy rodacy. Holendrzy wprawdzie nie spieszą się zbytnio w pracy i nie wkładają w nią tyle wysiłku co przedstawiciele innych państw (w tym Polski oczywiście), ale chęć pomocy i uśmiech na ich twarzach bardzo pomagają i rozładowują atmosferę podczas pracy. Pozdrawiamy zarówno Polaków jak i Holendrów, których było nam dane poznać i już wiemy, że wrócimy w to samo miejsce za rok :) Być może uda nam się ponownie dotrzeć do Amsterdamu oraz zwiedzić takie miejsca jak Rotterdam, Haga, czy sławną Goudę :)

Niektórzy z pewnością ciekawi są Holandii od strony kulinarnej, dlatego też następny post w całości poświęcony będzie temu, jak radziłyśmy sobie w kuchni, co gotowałyśmy, jakie produkty zaskoczyły nas pozytywnie, a czego w Holandii było nam brak :) Tymczasem pozdrawiam wszystkich i zachęcam do śledzenia dalszej części holenderskich wrażeń. Ik spreek je snel! ;)








niedziela, 14 września 2014

Rekomendacja tego i owego

Po dość długiej nieobecności Miko w Opolu, wreszcie udało nam się wyjść razem i spędzić czas tak, jak najbardziej lubimy. Czyli było trochę spacerowania, rozmowy i nadrabiania zaległości, szopingu oczywiście (nic tak bardziej mnie nie cieszy, jak zakupy z Mikooł), wspólnego kosztowania nowych smaków, delektowania się kawą, a także odrobina kultury, bo zajrzałyśmy do GSW, zobaczyć nową wystawę - Biennale Ars Polonia. 
Jest ona poświęcona sztuce polskich artystów, tworzących poza granicami naszego państwa. Większość z nich promuje polską kulturę w krajach, w których żyją. Między innymi spodobały nam się bardzo obrazy na deskach artystki tworzącej w Etiopii. Wystawa będzie prezentowana do 19 października, także polecamy się trochę odchamić ;)

Zauważamy nowy trend na font BARON FONT. Era Lobster Font już przeminęła? ;)
Tak czy siak, idźcie do GSW w Opolu, warto. Poniżej podlinkowany obrazek. Proszę klikać i czytać.

P.s. od Miko (zwanej też Majkoł): jak najbardziej podpisuję się pod wszystkim, co powyżej zamieściła Ksania i dodatkowo dodam, że już niedługo na blogu pojawi się post, w którym opiszę moje odczucia dotyczące kraju serów, wiatraków i tulipanów, czyli Holandii, w której to dane mi było przebywać przez całe dwa miesiące :) Co tam zobaczyłam, zasmakowałam i jak odbieram Holendrów, oraz jak radziłyśmy sobie z koleżanką Karoliną kulinarnie? Już niedługo na blogu :) Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i smakowicie! A to, jak bardzo udany był to dla nas dzień można zaobserwować na poniższych zdjęciach :)

Biennale Ars Polonia 2014. Opole będzie stolicą artystów z polskim rodowodem


Poniżej prezentujemy dzisiejsze smakołyki:


Burger z wołowiną i bekonem, z sałatą, serem, pomidorem i frytkami :)
W zasadzie mamy jedno zastrzeżenie - mięso powinno być bardziej doprawione, poza tym wszystko pyszne. Ach, i frytki trochę suche!!! Od momentu zamówienia czekałyśmy około 15 minut na podanie, także na to narzekać nie można.

Burger był dosyć duży, więc żadna z nas nie odważyła się jeść go rękoma :)






No i obowiązkowo kawa z syropem ciasteczkowym na deser.
Dwa krejzole znowu w komplecie <3



sobota, 13 września 2014

Ostatni powiew lata?



Ostatnie okoliczności sprawiają, że nie tylko lato się kończy. Ekipa została okrojona o Martę, która po części zmuszona przez "życie", postanowiła dalej iść swoja drogą. Trochę smutno było, ale każdy ma prawo do podejmowania decyzji, które są dla niego najlepsze, dlatego dziękujemy, że byłaś z nami, dziękujemy za motywację, za wspólne wypady do Turawy i narady na temat bloga i oczywiście za przyjaźń, która mimo rozejścia się dróg, pozostanie niezmienna Życzymy Ci wszystkiego najlepszego, rozwijaj się kulinarnie, z niecierpliwością czekamy na efekty! :)

Wracając do końcówki lata, arbuzy już praktycznie przejrzewają, a bynajmniej mnie już nie smakują, jabłka nadal dobre, bo polskie, a banany, borówki i czekoladą sprawiają, że można zrobić pyszny mix :)
Ot, tak sobie, letnia sałatka. Smacznego :)